O autorze
Mama dwójki. Autorka bloga www.nudanuda.wordpress.com
Codzienność nie daje jej się za bardzo ponudzić, choć bardzo to lubi robić, szczególnie z dziećmi. Czerpie energię ze spotkań i rozmów z ludźmi. Lubi proste historie. Z wykształcenia specjalista ds. komunikacji.

Czy to jest na 100%?

W drugi dzień Świąt poszłam z córką do planetarium w Centrum Nauki Kopernik. Rozłożyłam sobie siedzenie do pozycji leżącej (co za wspaniały wynalazek) i patrzyłam na niebo nade mną. Prowadzący zachęcał dzieci, żeby rysowały palcem na niebie własne gwiazdozbiory. Zrobiłam to ćwiczenie. Wspaniałe. Miałam swoje gwiazdozbiory. Nienazwane i nazwane. Takie, jak chciałam. Bez ograniczeń. Następnie razem z bohaterami Ulicy Sezamkowej przeniosłyśmy się na Księżyc. Córka kilka razy dopytywała się i upewniała "czy jesteśmy na Księżycu na 100%?". No właśnie, jesteśmy czy nie jesteśmy na 100%?

Leżąc w planetarium i patrząc w gwiazdy złapałam się na tym, że nie bardzo się umiem bawić w to samodzielne rysowanie po niebie. Czemu? - z tyłu głowy coś wciąż mi mówiło, że: "już ktoś to przecież wymyślił", "nie wiem, czy wypada, czy można" - i choć do tej pory uważałam, że jestem raczej wyluzowana jeśli chodzi o zabawę z dziećmi to po raz pierwszy poczułam, że chyba nie tak bardzo, jak myślałam. Trochę mi zajęło, żeby wyrwać się z tego sztywnego, dorosłego schematu myślenia. W momencie, kiedy to się udało, poczułam się lekko. Wreszcie na 100% się bawiłam. Tak jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Marzenia pomieszały się z rzeczywistością. Rzeczywistość z marzeniami. Takie proste. Zero - jedynkowe. Chociaż przez kilka chwil byłyśmy z córką na Księżycu. Razem.



Druga świąteczna sytuacja, kiedy poczułam, że jestem dorosła - czyli niebezpiecznie tracę dziecięcą wyobraźnię... :))) - była tegoroczna Wigilia. Dzieci rozpakowują prezenty. Syn dostaje duży samochodzik, jaki był oferowany na Święta w jednym z popularnych dyskontów. Taki, na którym można usiąść i odpychać się nogami. Prosta rzecz, ale ile zabawy. Córka natychmiast samochodzik przejmuje. Ona takiego nie miała, więc teraz bez wahania wykorzystuje sytuację. Syn nie ma szans. Zostaje mu pudełko gumowych zabawek do kąpieli. A nie, również nie, bo pudełko jeździ "na bagażniku" auta.

Innym obiektem pożądania moich dzieci jest wózek inwalidzki, który moja mama pożyczyła ze sklepu rehabilitacyjnego z okazji złamanej nogi. Wózek stoi nadal w mieszkaniu babcu i nęci ogromnymi kołami oraz tajemniczymi dźwigniami. Nieskończona ilość możliwości kombinowania.

Wracając jednak do historii wigilijnej - szykujemy się do wyjścia. Córka oznajmia, że z nami nie jedzie. "A jak wrócisz do domu?" - pytam. "Jak to jak, moim samochodem" - odpowiada zupełnie nie zbita z tropu. "Rodzice jadą sami - oznajmia - a ja wezmę brata na bagażnik. I babcia z nami pojedzie." "Ale czym?" - dopytuję. "Jak to czym, na wózku pojedzie!" - odpowiada córka.

Dwójka dzieci na jeździku a za nimi babcia na wózku inwalidzkim... Miałam wrażenie, że ten pomysł najbardziej spodobał się babci, która przynajmniej na chwilę poczuła się niezależna, wolna, zupełnie nie skazana na pomoc innych z tą swoją złamaną nogą. Córka w sumie bardzo trzeźwo oceniła sytuację - nie po to ma już własny samochód, żeby nim jeździć z kuchni do pokoju, prawda? I to jest dopiero myślenie na 100%. :)
Trwa ładowanie komentarzy...